Chichén-Itzá, czyli dzień zstępującego węża

Lipiec 18, 2011

„Zstąpili z drogi gwiazd. Mówili magicznym językiem gwiazd nieba.”

„Księga Kapłanów Jaguara”

Tak w Teotihuacán, jak i w Palenque można odnaleźć ślady zaawansowanej wiedzy astronomicznej starożytnych architektów. Nie dość, że wszystkie budowle ustawione są tak, aby ich osie odchylały się od kierunku północ-południe o 17 stopni, to w dodatku ich orientacja w niezwykle precyzyjny sposób odpowiada zjawiskom obserwowanym na niebie. Jednak miejscem, w którym niezwykła wiedza ludów Mezoameryki objawia się w sposób najbardziej doskonały i spektakularny, jest bez wątpienia Chichén-Itzá.

Położone w północnej części Jukatanu, w połowie drogie między Cancúnem a Meridą, jest jednym z najbardziej obleganych zabytków Meksyku. Jednak prawdziwy najazd turystów przeżywa w okolicach równonocy, a to za sprawą niezwykłego widowiska, jakie stworzyły pospołu natura oraz nauka minionej cywilizacji.

Piramida Kukulcána


21 września, gdy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, wokół centralnej budowli kompleksu, Piramidy Kukulcána, gromadzą się tłumy czekające w napięciu na fascynujący spektakl. Promienie słońca padają na zachodnią ścianę piramidy, na której wydłużające się cienie tworzą wężowate kształty. Północnymi schodami, spod wrót świątyni wieńczącej szczyt piramidy, spełza Pierzasty Wąż, Kukulcán, ciemny cień na tle jasnego kamienia. To samo zjawisko, choć w odwrotnym porządku, można obserwować także 21 marca. I ani razu więcej.

Już samo to wystarczyłoby, aby wprawić w zachwyt i zdumienie najbardziej nawet wymagającego turystę. A tymczasem Piramida Kukulcána oferuje dużo więcej. Zbudowana w X wieku przez Tolteków na miejscu starej świątyni Majów, ma idealnie kwadratową podstawę i mierzy 25 metrów wysokości. Każdy element budowli został zaprojektowany z myślą o funkcji, jaką miała ona pełnić, bowiem Piramida Kukulcána jest swoistym kalendarzem Majów, który Toltekowie przejęli wraz z wieloma elementami kultury starszej cywilizacji. Każda z czterech ścian piramidy składa się z dziewięciu poziomów, przedzielonych na dwie części schodami o dziewięćdziesięciu jeden stopniach. Na każdej ścianie jest więc osiemnaście oddzielnych tarasów, odpowiadających osiemnastu miesiącom świeckiego kalendarza haab. Suma wszystkich stopni (4×91) plus platforma na szczycie piramidy daje razem 365, czyli liczbę dni w roku. Dodatkowo na każdej z fasad umieszczono pięćdziesiąt dwie kamienne płyty, odpowiadające 52-letniemu cyklowi ziemskiego kalendarza Majów

Boisko do peloty


Jednak Piramida Kukulcána to nie jedyna atrakcja Chichén-Itzá. To tutaj właśnie znajduje się największe w Meksyku boisko do peloty, gry zespołowej, która w kulturze Majów miała charakter religijny. Na podstawie reliefów zdobiących wysokie ściany boiska możemy wyobrazić sobie, na czym polegała. Zawodnicy odbijali gumową piłkę kolanami, łokciami i biodrami tak, aby nie dopuścić do jej upadnięcia. Wygrywała ta drużyna, której dłużej udało się utrzymać piłkę w powietrzu. Prawdopodobnie jednak dopiero w czasach Tolteków zaczęto składać ofiary z przegrywających graczy.

W sąsiedztwie boiska znajduje się Platforma Czaszek, ozdobiona rzędami rzeźbionych czaszek i orłów zjadających serca ludzkie. To tutaj składano głowy zabitych ofiar. Obok wznosi się Platforma Orłów i Jaguarów, których doskonale widoczne wizerunki pokrywają ściany budowli.

Piramida Kukulcána


Spod stóp świątyni biegnie na północ szeroka droga, która po 300 metrach dociera do głębokiej naturalnej studni (tzw. cenote) o średnicy 60 metrów. Jest to święte miejsce, w którym przed wiekami składano ofiary z ludzi. Do dziś dnia z dna zbiornika udało się wydobyć mnóstwo kości oraz ozdoby i biżuterię, pochodzącą z różnych stron Meksyku, a nawet z tak odległych krajów jak Kolumbia.

Wędrując po Chichén-Itzá, nie można ominąć wielkiej Świątyni Tysiąca Kolumn, która wznosi się na skraju głównego placu na kształt kamiennego lasu białych, smukłych filarów. Nieco dalej, nad zielonym stropem dżungli góruje charakterystyczny, spiralny wierzchołek obserwatorium astronomicznego, centrum wiedzy cywilizacji Majów. W jego dachu znajdują się luki i otwory, skierowane na określone gwiazdozbiory.

Świątynia Tysiąca Kolumn


W XIV wieku Chichén-Itzá zostało z niewiadomych przyczyn opuszczone. Podobnie jak miało to miejsce w Palenque oraz w wielu innym miastach Majów, cała ludność praktycznie z dnia na dzień spakowała swój dobytek i porzuciwszy gród, w którym żyła od stuleci, wyruszyła w długą i trudną drogę poprzez dżunglę, aby setki kilometrów dalej zatrzymać się i osiąść na nowo, rozpoczynając budowę kolejnych pałaców i świątyń. Te nagłe i tajemnicze migracje całych populacji wciąż pozostają jedną z największych zagadek starożytnych cywilizacji Mezoameryki.

Meksyk 2003

Palenque, czyli kamienne pałace pośród dżungli

Lipiec 11, 2011

„To, co ujrzeliśmy było wspaniałe, zagadkowe i zasługujące na najwyższą uwagę.”


John Stephens, „Wydarzenia podczas podróży
do Ameryki Środkowej, Gwatemali i Jukatanu”, 1841

Żar leje się z nieba. Autobus mknie równą, asfaltową szosą, a za oknem dżungla, dżungla i jeszcze raz dżungla, ciągnąca się aż po horyzont. Co jakiś czas pośród morza zieleni migają osady ludzkie – kilkanaście przycupniętych przy drodze chat krytych palmowymi liśćmi. To właśnie Jukatan, tropikalna część Meksyku i serce potężnego imperium Majów.

Miasto Palenque nie ma do zaoferowania nic prócz bogatej gamy hotelików i restauracji, nikt jednak nie może narzekać na przestój w interesach. Zaledwie kilka kilometrów od centrum znajduje się bowiem atrakcja, która mogłaby zapewnić byt nie jednemu, lecz kilku takim miasteczkom. Tysiące turystów z całego świata zjeżdżają tu rokrocznie, aby podziwiać najbardziej znane i najpiękniejsze ruiny Mezoameryki.

Palenque


Współczesna nazwa kompleksu, Palenque, nadana mu w XVIII wieku przez Hiszpanów i oznaczająca Palisadę, nie ma nic wspólnego z pierwotną nazwą miasta, Baak. Obejmuje ono ponad 500 budynków, rozrzuconych na terenie 15 kilometrów kwadratowych i, podobnie jak Teotihuacán, wzniesionych bez użycia metalowych narzędzi, koła ani zwierząt.

Palenque było zamieszkane już w pierwszym stuleciu przed naszą erą, jednak prawdziwy rozkwit przeżyło dopiero między 600 a 700 n.e., pod rządami Pakala (615-683). Wtedy to powstała większość z zachowanych do dziś placów i budynków, w tym najsłynniejsza Świątynia Inskrypcji. Ta ośmiopoziomowa, trapezoidalna piramida wznosi się na wysokość 25 metrów. Jej szczyt wieńczy zadaszone pomieszczenie, którego ściany ozdabiają reliefy, przedstawiające ważne wydarzenia z historii Majów. Z wierzchołka świątyni wąskie schody prowadzą w dół, do grobowca Pakala. Wspaniały, kamienny sarkofag, który według powszechnie przyjętej interpretacji przedstawia zmarłego władcę w otoczeniu węży, mitycznych stworów i samego boga słońca, nie jest niestety udostępniony zwiedzającym.

Palenque, Świątynia Inskrypcji


W pobliżu Świątyni Inskrypcji znajduje się kilka innych interesujących budowli. Najlepiej zachowane to Świątynia Czaszki, ozdobiona reliefem przedstawiającym czaszkę królika lub jelenia oraz Świątynia XIII, skrywająca grób ze szkieletem kobiety, która była prawdopodobnie małżonką Pakala.

Po przeciwnej stronie placu znajduje się Pałac – wielki, trzypoziomowy kompleks z gmatwaniną korytarzy i pokoi, zbudowany na tarasie w kształcie trapezu i podzielony na cztery dziedzińce. Ponad budowlą wznosi się charakterystyczna, trzypiętrowa wieża. Według archeologów był to punkt obserwacyjny, z którego w dniu przesilenia zimowego kapłani Majów mogli oglądać słońce zachodzące dokładnie za Świątynią Inskrypcji. Dość zagadkową cechą wieży jest to, że jej pierwszy poziom jest niedostępny, a schody wiodą od razu na drugie piętro. Lecz nie jest to jedyna niespodzianka, jaką kryje w sobie Pałac. Wystarczy zejść do pomieszczeń piwnicznych, aby przekonać się, że starożytni architekci wyposażyli budynek w doskonały system kanalizacyjny.

Palenque, El Palacio


Po przeciwnej stronie strumyka Otolum, ujętego w idealnie równe, kamienne koryto i dzielącego Palenque na część zachodnią i wschodnią, znajduje się kompleks świątynny poświęcony synowi Pakala, Kan Balamowi. Dominującym budynkiem jest tu Świątynia Krzyża. Krzyż symbolizuje drzewo ceiba, które według Majów podtrzymywało wszechświat i łączyło ziemię z niebem. Obok wznosi się Piramida Słońca, której ściany ozdobiono stiukowymi reliefami zaś wewnątrz umieszczono Tablicę Słońca wyobrażającą tarczę, na tle której krzyżują się dwie włócznie.

Lecz Palenque to nie tylko kamienne pałace. To także dżungla, która przez wieki skrywała je przed ludzkim wzrokiem i – choć dziś poskromiona – wciąż otacza je zazdrośnie milczącym cieniem, gotowa pochłonąć na nowo. Wystarczy zejść z utartych szlaków i pójść kawałek ścieżką, którą przed setkami lat wędrowali Majowie, aby znaleźć się w świecie, w którym natura wygrywa walkę z człowiekiem i jego dziełami. Tutaj ruin nie odrestaurowano i przeżarte wilgocią kamienie z każdym dniem znikają głębiej i głębiej w zielonych odmętach.

Meksyk 2003

Teotihuacán, czyli miejsce, gdzie zostaje się bogiem

Lipiec 6, 2011

„ W czasie nocy, gdy nie świeciło jeszcze słońce, bogowie zebrali się na naradę w miejscu, które nazywa się Teotihuacán.”

legenda Aztecka

- Ruinas ! – oznajmia donośnie kierowca autobusu, zatrzymując się przy wjeździe na piaszczystą drogę.

Poza małą budką z biletami i drewnianym szlabanem nic nie wskazuje na to, aby tu właśnie znajdowały się jedne z najsłynniejszych budowli starożytnego Meksyku. Zalana słońcem ścieżka prowadzi pośród rozłożystych opuncji w stronę nowoczesnego, żółtego budynku. Napis nad przeszklonymi drzwiami informuje, że jest to „Centrum Turystyczne”.

Wisząca wewnątrz pomieszczenia wielka mapa kompleksu rozwiewa wszelkie wątpliwości: to na pewno Teotihuacán. Nim jednak zza niewielkiego pagórka wyłaniają się dumne kształty piramid, z cienia pod starożytnymi murami wybiega kilkunastu sprzedawców pamiątek, potrząsając zachęcająco naręczami ozdobnych tkanin, sznurami korali i kamiennymi figurkami.

Piramidy Słońca i Księżyca


Teotihuacán – „miejsce, gdzie zostaje się bogiem”. Tak nazywali te ruiny Aztekowie, wierząc, że tu właśnie poświęcili swe życie potężni bogowie, aby dzięki tej ofierze Słońce mogło się odrodzić i dać początek nowemu światu. Jednak już za ich czasów miasto było opuszczone a Aztekowie nie wiedzieli, kim byli jego budowniczowie ani jak nazywali swą siedzibę we własnym języku.

Teotihuacán leży w otoczonej górami dolinie, położonej 50 kilometrów na północny-wschód od współczesnej stolicy Meksyku. Nie wiadomo, kiedy dokładnie rozpoczęto jego budowę. Pierwsze pałace wzniesiono prawdopodobnie w już w III wieku przed naszą erą, jednak dopiero w kilkaset lat później metropolia osiągnęła swój ostateczny kształt i rozmiar. W dobie największego rozkwitu, między 250 a 600 rokiem naszej ery, liczyła 125 tysięcy mieszkańców i zajmowała powierzchnię 25 km kwadratowych, plasując się tym samym na czele listy największych miast starożytnego Meksyku.

Oś Teotihuacán stanowi szeroka, ponad dwukilometrowa aleja zwana Drogą Zmarłych. Również i tę nazwę zawdzięczamy Aztekom, którzy uważali, że imponujące budowle po obu stronach traktu to grobowce bogów-olbrzymów. Ponieważ ku północy teren kompleksu wznosi się w górę o trzydzieści metrów, patrząc z południa widzi się przed sobą tylko długie rzędy schodów i nie sposób oprzeć się złudzeniu, że aleja wiedzie prosto do nieba. Natomiast patrząc w drugą stronę, ulica zdaje się równa i prosta; nie widać na niej ani jednego stopnia.

Droga Zmarłych


Kierunek wyznaczony przez Drogę Zmarłych odchylony jest o 17 stopni na wschód od osi północ-południe. Tak samo zorientowane są wszystkie budynki kompleksu, bez względu na epokę, w jakiej zostały wzniesione. Jest to jeden z przejawów zawansowanej wiedzy astronomicznej, jaką posiadała cywilizacja Teotihuacán.

U południowego krańca Drogi Zmarłych wznosi się budowla określana mianem Cytadeli. Za czasów świetności miasta pełniła ona rolę rezydencji władcy. Cztery ściany, o długości 390 metrów każda, zwieńczone są 15 małymi piramidami i otaczają otwartą nieckę. W jej wschodniej części wznosi się Piramida Quetzalcoatla, ozdobiona licznymi wizerunkami Pierzastego Węża, od którego wzięła swą nazwę. W jej sąsiedztwie znajdują się dwa duże – dziś już zupełnie zrujnowane – kompleksy pomieszczeń, które były prawdopodobnie „centrum administracyjnym”.

Biegnąc na północ, Droga Zmarłych przecina strumyk San Juan i dociera do stóp imponującej Piramidy Słońca. Jest to trzecia co do wielkości piramida świata, o wysokości 70 metrów i boku podstawy równym 220 metrów. Zbudowana została około roku 150 n.e. z ponad 3 milionów ton kamieni i cegieł, bez użycia metalowych narzędzi, zwierząt pociągowych ani koła. Na szczyt, z którego roztacza się wspaniały widok na okolicę, prowadzi 248 bardzo stromych, wysokich stopni.

Piramida Słońca


W 1971 roku archeologowie odkryli 100 metrowy tunel, wiodący do groty wykopanej dokładnie pod samym środkiem Piramidy Słońca. Znaleziono w niej liczne przedmioty kultu religijnego, co zdaje się potwierdzać hipotezę, że piramida ta była poświęcona bogowi słońca.

U północnego krańca Drogi Zmarłych wznosi się Piramida Księżyca. Choć nie tak wysoka jak jej słynna towarzyszka, optycznie tylko niewiele ustępuje jej wysokością, gdyż jej podstawa położona jest o kilkanaście metrów wyżej. U stóp piramidy, na Placu Księżyca, znajduje się 12 platform świątynnych, otaczających prostokątny, kamienny ołtarz. Uważa się, że było to miejsce tańców religijnych. W południowo-zachodnim rogu placu wznosi się Pałac Jaguarów, który nazwę swą zawdzięcza malowidłom ściennym, przedstawiającym boga-jagura dmącego w muszlę i modlącego się do boga deszczu Tlaloca.

Choć to, co pozostało z Teotihuacán, to zaledwie fragment niegdysiejszej metropolii, choć krwistoczerwona farba zdobiąca przed wiekami ściany piramid dawno już zwietrzała w promieniach słońca i strugach deszczu, „miasto bogów” wciąż zachwyca i budzi podziw. Spalone, splądrowane i opuszczone, Teotihuacán przetrwało jako symbol pierwszej wielkiej cywilizacji Meksyku.

Meksyk 2003

Tokio, czyli miasto o stu twarzach (część druga)

Czerwiec 12, 2011

Kolejnym celem na mojej trasie zwiedzania była słynna świątynia Meiji, położona w dzielnicy Shibuya w zachodniej części miasta, około pięciu kilometrów na zachód od ogrodów Kitanomaru. Piesza wędrówka zajęła mi godzinę: najpierw szłam wokół Pałacu Cesarskiego, potem szeroką aleją Akasaka-dori, dokładnie nad linią metra. Jak na złość, znowu wyjrzało słońce, więc co kilkanaście minut musiałam ratować się zimną Colą. W okolicach stacji Harajuku, czyli już blisko parku Yoyogi i świątyni Meiji, na ulicy zaczęli pojawiać się dziwnie ubrani młodzi ludzie. Włosy mieli w przeróżnych kolorach, ufryzowane na zaskakujące sposoby, prezentowali też niecodziennie kombinacje ubrań, które niekiedy wyglądały wręcz śmiesznie. Ale widać tutaj to normalne, bo nikt nie zwracał na nich uwagi.

Świątynię Meiji poświęcono cesarzowej Shōken oraz cesarzowi Mutsuhito z dynastii Meiji, który przeniósł stolicę kraju z Kioto do Edo i zmienił jego nazwę na Tokio. Zbudowano ją w roku 1920, jednak w czasie wojny została zniszczona podczas bombardowania Tokio i odbudowana w 1958. Świątynia jest ładna i urokliwa, jak zresztą większość świątyń w Japonii. Najbardziej spodobało mi się jednak potężne święte drzewo rosnące na dziedzińcu. Dookoła grubego pnia wisiały wypisane na drewnianych tabliczkach modlitwy i prośby, które. miały zostać „przesłane do odpowiedniej hierarchii” w czasie porannego obrzędu. Każdy może zostawić tu swoją tabliczkę, trzeba tylko najpierw obejść drzewo trzy razy, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.

Tabliczki modlitewne.

Około kilometra na północ od parku Yoyogi znajduje się dzielnica Shinjuku. To absolutne serce Tokio, centrum biznesu, handlu i rozrywki. Miejsce pełne życia, ruchu i wrzawy. Miejsce, które nigdy nie zasypia.

Centralną część dzielnicy zajmuje gigantyczny dworzec Shinjuku, na którym krzyżują się linie metra, kolejki podmiejskiej oraz pociągów dalekobieżnych. Znajduje się tam również terminal autobusów międzymiastowych. Jak łatwo się domyślić, przepływają tamtędy istne rzeki ludzi. Dworzec wytycza też niepisaną granicę pomiędzy dwoma światami. Na wschód dominuje rozrywka. Jest tu niezwykle kolorowo, tłoczno, ciągle gdzieś gra muzyka, błyskają światełka, pełno jest sal z automatami do gry i jakichś sklepików. Po drugiej stronie dworca dzielnica Shinjuku wygląda zupełnie inaczej: biegną tamtędy szerokie aleje wysadzane drzewami, nad którymi górują wysokie, nowoczesne budynki o przeróżnych, często bardzo awangardowych kształtach. Znajduje się tu między innymi siedziba władz tokijskich. Mniej więcej w połowie odległości między dworcem a parkiem Shinjuku Chūō zaczyna się podziemne przejście, które przy wejściu na dworzec rozgałęzia się na kilkanaście odnóg, prowadzących do kilkunastu krzyżujących się tam linii metra i kolei.

Shinjuku.

Następnego dnia wybrałam się do północno-wschodniej części miasta, do dzielnic Ueno i Asakusa. Z samego rana pojechałam metrem na stację Ueno i wyruszyłam do słynnego tokijskiego parku o tej samej nazwie. Nogi same poniosły mnie do ZOO, którego bynajmniej nie planowałam zwiedzać, ale zmieniłam zdanie, gdy okazało się, że mają w nim pandy. Pandy i owszem były, a raczej była jedna, jakaś przybrudzona i wyglądająca na nieżywą. Ale ogólnie ZOO było fajne, czyste, zadbane, a zwierzaki miały duże wybiegi. Choć z drugiej strony, trzymanie pingwinów, fok i białych niedźwiedzi w takim upale to jakieś nieporozumienie.

Potem pochodziłam po parku Ueno, co i rusz natykając się na jakąś małą śliczną świątynkę. Przeżyłam taki atak fotografowania, że po wyjściu z parku zostało mi już tylko parę zdjęć na ostatniej kliszy. Ueno zaskoczyło mnie też jednak w mniej przyjemny sposób. Oto bowiem w samym sercu parku natknęłam się na obozowisko bezdomnych. Składało się ono z rzędów budo-namiotów, zbudowanych z plastikowych i brezentowych płacht. Nie był to zresztą pierwszy raz, kiedy widziałam bezdomnych w Tokio (choć po raz pierwszy w takiej liczbie), widok jak dla mnie zupełnie zaskakujący w zamożnym, wydawałoby się, kraju.

Beczki z sake w parku Ueno.


Na wschód od Ueno leży dzielnica Asakusa. Znajdująca się tu świątynia Sensō-ji to jedno z najbardziej popularnych miejsc w Tokio. Według legendy, w roku 628 dwaj bracia wyłowili z pobliskiej rzeki Sumida-gawa posąg Kannon, buddyjskiej bogini miłosierdzia. Dla godnego uczczenia znaleziska wybudowano świątynię. Prace ukończono w 645 roku, co czyni Sensō-ji najstarszym obiektem sakralnym w Tokio. Przez kolejne stulecia poddawano ją licznym przeróbkom, z których ostatnia datuje się na rok 1950.

Główne wejście na teren świątyni wiedzie przez bramę Kaminari-mon (Bramę Grzmotu), flankowaną przez potężne rzeźby dwóch bóstw-strażników: boga wiatru Fūjin oraz boga grzmotu Raijin. Świątynia jest rzeczywiście ładna, a nawet monumentalna, tylko tłok tam niesamowity. Po raz pierwszy w Japonii widziałam tylu cudzoziemskich turystów. Ich obecność odebrała miejscu wiele z jego niewątpliwego uroku.

Brama Kaminari-mon.


Przez dwa dni spędzone w Tokio zobaczyłam dużo, choć na pewno nie wszystko. Zdążyłam jednak szczerze polubić to miasto. Na liście miejsc, w których mogłabym przez jakiś czas pomieszkać, Tokio plasuje się w ścisłej czołówce, obok Buenos Aires i Kapsztadu.

Japonia 2004

Tokio, czyli miasto o stu twarzach (część pierwsza)

Czerwiec 6, 2011

Zwiedzanie największej japońskiej metropolii, liczącej sobie ponad trzynaście milionów mieszkańców, rozpoczęłam od dzielnicy Ginza. Ginza cieszy się zasłużoną opinią jednego z najbardziej nowoczesnych i snobistycznych regionów Tokio. Gwarna i kolorowa, o każdej porze dnia wypełniona jest trudnym do opisania tłumem pieszych, rowerzystów, samochodów i autobusów. Szerokie ulice, wzdłuż których wznoszą się wysokie budynki ze szkła i stali, obwieszone są reklamami i bilboardami. Co jednak najciekawsze, tuż obok można znaleźć wąskie, spokojne i niemal zupełnie puste zaułki, sprawiające wrażenie, jakby przeniesiono je tu w całości z zupełnie innej części miasta, albo wręcz z innego świata.

Ginza - ulica Harumi-dōri


Kiedy po 9 rano wyszłam z metra na stacji Ginza-Higashi, byłam zupełnie zdezorientowana i nie miałam pojęcia, w którą stronę iść, ani nawet, w którym miejscu na mapie dokładnie się znajduję (wyjść na powierzchnię jest kilka, rozrzuconych na dość dużym obszarze). Ruszyłam więc na wyczucie i okazało się, że wybrałam dobrze – poszłam akurat w stronę targu rybnego Tsukiji, pierwszego celu mojej wędrówki. Bez trudu odnalazłam park Hamarikyuo, w pobliżu którego targ miał się znajdować, ale niczego przypominającego wielką halę w pobliżu nie widziałam. Weszłam odważnie między jakieś magazyny, wśród których kłębili się ludzie z wózkami i ładowarkami zastawionymi wielkimi skrzyniami. Czułam jednak, i to dosłownie, że jestem na tropie – zapach owoców morza potęgował się z każdą chwilą.
I wreszcie – Eureka! Byłam u celu.

Apetyczne ośmiornice.


Targ Tsukiji okazał się wspaniały. Na drewnianych stołach i ladach piętrzyły się najprzeróżniejsze towary: ryby (małe, duże i gigantyczne), krewetki, kraby, homary (niektóre wciąż ruszające odnóżami), całe skrzynki ośmiornic. Sami sprzedający też przyciągali uwagę: ubrani w gumowe fartuchy do ziemi, z białymi opaskami na głowach, dziarsko wymachiwali nożami długimi jak miecze. Na początku nie byłam pewna, czy mogę ich fotografować, potem jednak natknęłam się na parę turystów z aparatem, co zachęciło mnie do tego stopnia, że wypstrykałam połowę filmu. Wałęsałam się po targu pół godziny i byłam pewna, że cała przesiąkłam rybim zapachem.

Sprzedawcy ryb na targu Tsukiji.


Po 10-ej wszyscy zaczęli się zwijać, więc i ja ruszyłam dalej: przez Ginzę w kierunku Pałacu Cesarskiego. Okazało się, że droga nie była daleka. Przed Pałacem dopisało mi szczęście, bo akurat wjeżdżała do środka kareta jakiegoś dostojnika, eskortowana przez ubranych na czerwono jeźdźców (element tradycyjny) oraz kilka czarnych limuzyn (element nowoczesny). Pałac oczywiście nie jest dostępny dla zwiedzających, można go jedynie obejść dookoła, podziwiając okalające go gruby mury oraz pływające w fosie żółwie. Otwarte dla szerokiej publiczności są natomiast Ogrody Cesarskie. Atrakcji turystycznych tam nie ma, jednak ich urok kryje się w czymś zupełnie innym. To po prostu śliczne, ciche, spokojne, zielone miejsce, w którym można odpocząć od gwaru tokijskich ulic. Takie parki są zresztą typowym elementem krajobrazu japońskiej stolicy, a Ogrody Cesarskie bynajmniej nie należą do największych. Aż dziw bierze, że w samym sercu urbanistycznego molocha można znaleźć takie oazy spokoju!

Pałac Cesarski.


Kolejnym punktem w moim planie zwiedzania były właśnie kolejne ogrody, Kitanomaru. Na ich terenie znajduje się Nihon Budōkan, czyli arena sztuk walki. Myślałam, że jest to miejsce, w którym na co dzień trenują zawodnicy i że z zewnątrz można się temu przyjrzeć. Dla mnie – pasjonatki sztuk walki – byłoby to ciekawe doświadczenie. Okazało się jednak, że Budōkan to po prostu kopulasta hala, w której odbywają się zawody. Wejścia były zastawione barierkami i nie dało się nawet zajrzeć do środka.

Japońskie przedszkolaki w parku Kitanomaru.


Powałęsawszy się po parku, zrobiłam sobie w cieniu na ławce krótką przerwę, w trakcie której przestudiowałam mapę i stwierdziłam, że centralna część Tokio wcale nie jest tak ogromna, jak sądziłam. Oznaczało to, że do wszystkich interesujących mnie miejsc będą w stanie dotrzeć na piechotę (czasu miałam aż za dużo), oszczędzając na przejazdach metrem, a jednocześnie oglądając po drodze stolicę. To zresztą moja ulubiona metoda zwiedzania nowych miast – obejść je na własnych nogach. Dopiero wtedy można bowiem naprawdę „zanurzyć się” w atmosferze metropolii: podejrzeć codzienne życie jej mieszkańców, wmieszać się w tłum, wszędzie zajrzeć, dotrzeć do miejsc, w których nie bywają turyści. I choćbym po całym dniu takiego zwiedzania padała z nóg ze zmęczenia, to jednak poczucie zadzierzgniętej w ten sposób więzi z miastem jest bezcenne.
c.d.n.

Japonia 2004

W smoczym raju, czyli wycieczka do Nikkō

Kwiecień 13, 2011

Tym razem postanowiłam napisać trochę o wyprawie do Japonii. Wprawdzie minęło już od niej prawie siedem lat, jednak Kraj Kwitnącej Wiśni tak bardzo przypadł mi do gustu, że do dziś wspominam go z prawdziwą nostalgią. Na początek relacja z wypadu do miasteczka Nikkō.

Nikkō, położone kilkadziesiąt kilometrów na północ od Tokio, to rozległy kompleks świątyń, z których najstarsze pochodzą z VIII wieku. W roku 789 mnich Shōdō Shōnin założył tu buddyjską pustelnię. Wkrótce stała się ona centrum nauki i duchowego rozwoju, jednak w późniejszych wiekach zaczęła popadać w zapomnienie. Sytuacja uległa zmianie w roku 1617, kiedy to zmarł Tokugawa Ieyasu, wódz, który na początku XVII wieku zdobył panowanie nad Japonią i ustanowił szogunat. Tokugawa został pochowany w Nikkō, zaś jego wnuk, Tokugawa Iemitsu, postanowił uczynić z tego miejsca mauzoleum ku czci wielkiego przodka. W rozpoczętej w 1634 roku przebudowie oryginalnej świątyni Tōshō-gū uczestniczyło piętnaście tysięcy rzemieślników z całego kraju. Efekt ich pracy był imponujący i do dziś dnia Nikkō pozostaje jedną z największych atrakcji turystycznych Japonii.

Z pogodą na zwiedzanie zdecydowanie nie trafiłam najlepiej. Od samego rana mżyło, zaś kiedy na tokijskiej stacji Asakusa przesiadałam się z metra na kolej Tobu do Nikkō, lało już jak z cebra. Po dwugodzinnej podróży pociągiem kaisoku (czyli ekspresem), w ciągu której za oknem robiło się coraz bardziej szaro i mokro, byłam na miejscu. Zostawiłam plecak w schowku na stacji i dziarskim krokiem, z parasolem w ręku, ruszyłam w kierunku głównej atrakcji miasta. Dotarłszy do stóp wzgórza, na szczycie którego znajduje się kompleks świątynny, nie wiedziałam przez chwilę, którą z wiodących w górę ścieżek mam podążyć. Na szczęście jacyś mili starsi państwo wskazali mi drogę, a na pożegnanie podarowali swoją mapę. I tak oto, po krótkiej wspinaczce, byłam wreszcie u celu.

Za tysiąc jenów kupiłam tak zwany „bilet kombinowany”, ważny przez dwa dni i pozwalający na wejście do większości świątyń. Jest to zdecydowanie najtańsza opcja zwiedzania Nikkō. Mięłam bramę wejściową, ruszyłam główną trasą zaznaczoną na mapie i … rozpoczęła się prawdziwa orgia estetyczna, w której pierwszoplanową rolę odgrywały smoki. Co prawda ciągle mżyło i przez to nie mogłam w pełni nacieszyć się kolorami, które w blasku słońca musiały niemal oślepiać, ale i tak trudno mi było powstrzymać się przed robieniem zdjęć, gdyż na każdym kroku natykałam się na coś pięknego. Zaczęło się od trzech wielkich, złotych posągów Buddy w świątyni Rinnō-ji. Potem ujrzałam słynne Tōshō-gū oraz liczne mniejsze świątynki, tak bogato zdobione, że oczy niemal wychodziły mi z orbit. Dachy i fasady budynków kryły rzeźbione smocze głowy, smoki zionące ogniem, białe, zielone, czarne, z różkami – aż nie wiedziałam, w którą stronę się obrócić.

Świątynia Tōshō-gū.


Na dziedzińcach stały studnie z kamiennymi cembrowinami, wykutymi na kształt smoków przyczajonych w malowniczych pozach. Była cała świątynia Ryczącego Smoka, Honji-dō, w której na suficie widnieje olbrzymie malowidło szaro-czarnej bestii. W celu zademonstrowania akustycznych właściwości sali, umyślny mnich stukał głośno dwoma patykami. W przewodniku przeczytałam, że dźwięki te mają imitować ryk smoka.

Smocza studnia.


Na fasadzie jednej ze świątyń zobaczyłam trzy rzeźbione małpki z zakrytymi oczami, ustami i uszami. Od razu przypomniałam sobie wierszyk z mojej dziecinnej książeczki: „Słynne trzy japońskie małpki z parku Nikkō uczą przechodniów: nie patrz na zło, nie słuchaj zła, nie mów zła.” Dopiero w tej chwili zorientowałam się, że to właśnie TE małpki. To magiczne przeżycie, znaleźć się w miejscu, które pamięta się z dzieciństwa jako tajemniczą i egzotycznie brzmiącą nazwę.

Trzy małpki z Nikkō.


W smoczym raju spędziłam bite cztery godziny. Koniec końców, nawet nieustannie siąpiący deszcz nie był wielkim nieszczęściem; wręcz przeciwnie, lśniące od wody i otulone delikatną mgłą świątynie miały nieodparty urok. Mam tylko nadzieję, że zabytki Nikkō nie zostały uszkodzone podczas marcowego trzęsienia ziemi.

Japonia 2004

Pokochać chapę, czyli o transporcie w Mozambiku

Marzec 16, 2011

Mozambik jest krajem idealnym niemal pod każdym względem.

Ma wspaniały podzwrotnikowy klimat, przepiękne, iście rajskie plaże, niezwykle smaczną kuchnię, wreszcie – przemiłych mieszkańców, posługujących się jakże miłym dla ucha językiem portugalskim. Do tego jest niedrogi, spokojny, malowniczy, o ustabilizowanej (przynajmniej chwilowo) sytuacji politycznej.

Tak, Mozambik zdecydowanie jest krajem niemal idealnym.

Niemal…

To, co w Mozambiku od idealności jest dalekie, to lokalny transport.

Nie dlatego, żeby był on ograniczony, niepunktualny czy skrajnie niewygodny. Bynajmniej. Transportem publicznym – niekiedy autobusem, a znacznie częściej ciężarówką czy minibusem (zwanymi tutaj chapa) – można dotrzeć niemal wszędzie. Z tym, że sama organizacja przejazdu woła, w mojej skromnej opinii, o pomstę do nieba. Zaczyna się od tego, że nie można dokładnie sprecyzować godziny odjazdu chapy. Wygląda to tak: wszyscy pytani ludzie mówią, że to piąta rano. Wstajemy więc po czwartej, w kompletnych ciemnościach idziemy na miejsce odjazdu, widzimy, że pojazd rzeczywiście tam stoi, więc zadowolone z siebie ładujemy się do środka. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że wkrótce wyruszymy w drogę. Nie tak prędko, amigos – zabawa dopiero się zaczyna. Żeby w ogóle wyjechać na trasę, chapa musi zebrać komplet pasażerów. Nie robi tego jednak, czekając na nich w jednym miejscu. Przeciwnie! Przez godzinę krąży po okolicy wzdłuż jednej i tej samej ulicy (ciekawe, ile traci na to benzyny), a ja zgrzytam zębami na myśl, że mogłyśmy były spać o godzinę dłużej. Teoretycznie, bo przecież nie ma pewności, że gdybyśmy zjawiły się w punkcie odjazdu o, dajmy na to, szóstej, nie zobaczyłybyśmy już tylko pustego placu. Żeby zaś było jeszcze śmieszniej, w tym samym kierunku wyrusza jednocześnie kilka pojazdów, które konkurują ze sobą o pasażerów, przedłużający tym samym cały proces zapełniania wolnych miejsc. A trzeba Wam wiedzieć, Drodzy Czytelnicy, że pojemność chapy jest wielka, wręcz niezwykła, czyniąc ów pojazd podobnym do przysłowiowego worka bez dna. Nowi pasażerowie wciąż wsiadają, wolnych miejsc już ewidentnie nie ma, a kierowca nadal krąży po swej ulubionej ulicy i nawołuje chętnych do przejażdżki. I zapewniam, każdy chętny się zmieści: dwie osoby z powodzeniem ścisną się na jednym siedzeniu, ktoś przycupnie sobie przy drzwiach, ktoś inny na skuli się na podłodze. Dla chcącego nic trudnego.

I jak tu nie kochać chapy?

Prawie pełna chapa


Komplet pasażerów


Niekiedy całą planowaną trasę udaje się przejechać jednym i tym samym środkiem transportu. Można wtedy mówić o szczęściu. Niestety, czasami trzeba się przesiadać i wtedy daje o osobie znać kolejna z interesujących cech mozambickiego systemu komunikacji. Otóż na dłuższych trasach wszystkie środki transportu publicznego odjeżdżają bardzo wcześnie rano (około piątej-szóstej). Wtedy i tylko wtedy. I nie ma przebacz – jeśli przegapi się odjazd, trzeba czekać aż do następnego dnia. Tak więc, nawet docierając do miejsca przesiadki o godzinie dwunastej, jest się już kompletnie uziemionym. Pół biedy, gdy wypadnie się przesiadać w jakimś większym mieście – można przynajmniej liczyć na znalezienie noclegu. Gorzej, gdy na transport trzeba czekać gdzieś na rozstaju dróg. Jedynym ratunkiem jest wtedy zatrzymanie samochodu prywatnego i dogadanie się z kierowcą na podwózkę – oczywiście nie za darmo.

Anja i Kamila na chapie-ciężarówce...


...oraz podróżująca wraz z nami koza


To właśnie zdarzyło się nam w trakcie kilkudniowej podróży znad jeziora Malawi nad Ocean Indyjski. Po pięciu dobach przedzierania się przez dzikie ostępy prowincji Niassa i Cabo Delado marzyłyśmy tylko o tym, by wreszcie dotrzeć na archipelag Quirimbas i zanurzyć się w lazurowych wodach oceanu. Byłyśmy już naprawdę blisko. O szóstej rano wyjechałyśmy z położonego niecałe dwieście kilometrów od wybrzeża miasta Montepuez, by o dziewiątej wysiąść w Mieze, na skrzyżowaniu dróg do Pemby i do malutkiego miasteczka Quissanga, z którego odpływają łodzie na wyspę Ibo. Wydawać by się mogło, że pora jest jeszcze na tyle wczesna, że wystarczy tylko usiąść i cierpliwie czekać na przybycie chapy. Przysiadłyśmy więc w cieniu rozłożystego drzewa, ze wzrokiem utkwionym w drogę, którą miał nadjechać nasz transport. Minęło pół godziny, godzina, zrobiło się południe, chapy wciąż nie było, a my tkwiłyśmy pod drzewem jako te kołki. Na szczęście w miłym towarzystwie. Towarzystwo składało się z kilkorga pasażerów, tak jak i my oczekujących na przejazd do Quissangi, oraz z mieszkańców Mieze, w tym właściciela sklepu przy skrzyżowaniu. Ów sympatyczny człowiek zupełnie znienacka przyniósł nam pod drzewo trzy eleganckie plastykowe krzesełka. Gest ten, niezwykle miły, wzbudził w nas jednak pewien popłoch, mógł bowiem sugerować, że na chapę przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.

Pod drzewem w Mieze


Minęło południe, a ja dotarłam do granic cierpliwości, poza którymi nie było już miejsca na nic innego poza czynami desperackimi. Porzuciłam więc krzesełko, zatrzymałam pierwszą przejeżdżającą półciężarówkę i, przywołując na pomoc całą swą skromną znajomość portugalskiego, zaproponowałam kierowcy deal: 1500 meticali (około 40 dolarów) za zawiezienie nas do Quissangi. Chłopak długo się nie zastanawiał i już po chwili gnaliśmy w dal, podskakując i trzęsąc się na wybojach, by po trzech godzinach dotrzeć do celu.

Teraz czekała nas już tylko przeprawa łódką na wyspę Ibo. Choć „tylko” w tym przypadku okazało się określeniem zupełnie nieadekwatnym do sytuacji.

Ale to już zupełnie inna historia.

Mozambik 2010

Sadza, nsima i nshima, czyli czym to się je

Luty 28, 2011

Pod względem lokalnej kuchni południowa Afryka nie jest może takim rajem na ziemi jak Azja, niemniej i tutaj można popróbować smacznych i oryginalnych potraw. Podstawowym pożywieniem miejscowych jest biała, klajstrowata papka, wyrabiana z mączki kukurydzianej i serwowana w postaci ręcznie toczonych placków. W Zimbabwe nazywa się ją sadzą, w Zambii – nsimą, zaś w Malawi – nshimą. Sama z siebie jest raczej bez smaku, dlatego zawsze podaje się ją z warzywami, czasem z rybą, zaś przy wyjątkowych okazjach – z mięsem. Warzywa mogą być smażone bądź gotowane, zwykle jest to fasola, kapusta lub coś zielonego, co przypomina polski szpinak. Dodatki okraszone są sosem, w którym można maczać placki. Danie je się rękoma.

Sadza vel nsima jest posiłkiem tak uniwersalnym, że serwuje się ją w każdej lokalnej jadłodajni. Co prawda, nie zaznajomiony z lokalną specyfiką przyjezdny może mieć ze znalezieniem takowej pewne problemy. W Zimbabwe, mimo usilnych starań, nie udało nam się trafić do knajpy z sadzą. W desperacji, wiedzeni niezaspokojonym pragnieniem spróbowania choć raz narodowej potrawy Zimbabweńczyków, poprosiliśmy o jej przygotowanie panią kucharkę z hostelu „Shoestring Backpackers” w Victoria Falls. Gotowe danie wyglądało tak:

Zimbabweńska sadza


Co do smaku … cóż, tu zdania były podzielone. Przede wszystkim, same placki okazały się tak duże i zapychające, że utknęłam w połowie. Zaś kolega Tomek niemal od pierwszego kęsa stał się anty-fanem sadzy, twierdząc, że jest paskudna.

Lokalną jadłodajnię udało nam się odwiedzić dopiero w Zambii, w miasteczku Mfuwe, położonym u wrót parku narodowego South Luangwa. Tym razem zamówiłam nsimę z rybą, co okazało się błędem, gdyż ryba składała się głównie ze skóry i ości.

Nsima z rybą i warzywami w Zambii


Prawdziwym nshimowym El Dorado okazało się jednak Malawi. Zwłaszcza, gdy wraz z Basią rozpracowałyśmy zagadnienie, gdzie należy szukać knajp. W Lilongwe trafiłyśmy na malutkie acz urocze miejsce, sprytnie ukryte na tyłach miejscowego targu. Nshimę, w postaci trzech bielutkich porcji, serwowano tu z bardzo smaczną gotowaną fasolą w sosie oraz z kurzym udkiem. A wszystko to za jedyne 200 kwacha, czyli niewiele ponad dolara.

Jadłodajnia na targu w Lilongwe


Nshima w Lilongwe


Jednak najpyszniejszą nshimę tej wyprawy jadłyśmy w Blantyre, w restauracji, o dziwo, etiopskiej. Proste dodatki – kapustka, zielenina, wszystko suto skropione gęstym, smakowitym sosem – uczyniły z prostej nshimy prawdziwą ucztę i raj dla podniebienia.

Pyszna nshima z Blantyre


Poszukiwania nshimy prowadziły często do bliskich spotkań z miejscowymi. Nie muszę chyba dodawać, że spotkań niezmiennie sympatycznych. Tak było w miasteczku Chipoka nad jeziorem Malawi, w którym zatrzymuje się w swej kilkudniowej wędrówce przez jezioro prom „Ilala”. Podróżnikowi mała Chipoka nie ma do zaoferowania absolutnie nic – poza nshimą właśnie. Na znalezienie jadłodajni oraz ewentualną konsumpcję miałyśmy tylko czterdzieści minut, z portu do centrum miasteczka puściłyśmy się więc bardzo szybkim marszem. Po drodze pytając niemal wszystkich mijanych ludzi o to, gdzie tu można zjeść nshimę. Każdy z zagadniętych na pytanie reagował szerokim uśmiechem i garścią informacji (mniej lub bardziej trafnych). I tak, krok po kroku, trafiłyśmy do tego oto przybytku:

Jadłodajnia w Chipoka


Podawane tu jedzenie było nad wyraz proste, ale za to towarzyszyła mu sympatyczna właścicielka oraz gromadka miejscowych dzieci, które, obsiadłszy drzwi i okna knajpy, obserwowały nasz posiłek z niekłamaną uciechą, po czym z uciechą równie wielką pozowały do zdjęć.

Dzieci z Chipoka


Nad jeziorem Niassa nshima wyrabiana jest niekiedy z mączki maniokowej, zwanej kassawą. Ponieważ były to nasze ostanie dnie w Malawi, koniecznie chciałyśmy spróbować także i tego smaku. Tyle, że odpoczywałyśmy akurat na wyspie Likoma, na kampingu Mango Drift, z którego do najbliższego (a właściwie jedynego) miasteczka była godzina marszu. Na szczęście tuż obok kampingu znajdowała się mała rybacka wioseczka. Basia wybrała się więc na rekonesans i po pół godzinie wróciła z informacją, że zostałyśmy zaproszone przez jedną z miejscowych kobiet na kassawę, którą specjalnie dla nas przyrządzi. Po względem smaku potrawa totalnie mnie rozczarowała, była bowiem strasznie kleista, a na dodatek niemiłosiernie przesiąknięta rybim zapachem (który to zapach towarzyszył nam jeszcze przez wiele godzin i za nic nie dał się zmyć). Ale przecież nie jedzenie było w tym wszystkim najważniejsze!

Kobieta, która zaprosiła nas na kassawę


Dzieciaki z wioski rybackiej


Reasumując: w południowej Afryce powiedzenie ”przez żołądek do serca” okazało się nad wyraz trafne. A co więcej, działało w obie strony.

Zimbabwe, Zambia, Malawi 2010

Tytułem wstępu, czyli dlaczego podróżuję

Luty 23, 2011

Pewnego zimowego popołudnia siedziałyśmy koleżanką w pracowej kuchni, planując kolejną wyprawę. Snułyśmy rozważania na temat optymalnej trasy, wpadałyśmy w rozmarzenie na myśl o czekających nas przeżyciach kulinarnych, słowem – duchem byłyśmy już bardzo daleko od Polski i pochmurnego, zimnego dnia.

Siedzący obok kolega przysłuchiwał się nam przez klika chwil z nieprzeniknioną miną, by wreszcie wstać od stołu, zabrać swój kubek i spytać na odchodnym: „Po co wy tam właściwie jeździcie?” Pytanie niby proste, lecz gdy tylko otworzyłam usta, by wyłuszczyć powody, dla których bez podróży nie wyobrażam sobie życia, okazało się, że wcale nie jest łatwo ubrać w słowa to, co odzywa się w duszy podróżnika na hasło „wyprawa”. Bo tak naprawdę, w jaki sposób można wytłumaczyć zew podróżowania? Co popycha tak wielu ludzi, a w szczególności mnie, do tego, by co jakiś czas pakować plecak, chować do podróżnej sakiewki garść ciężko zarobionych pieniędzy i wyruszać na kilkutygodniową włóczęgę po krajach, które często w powszechnej opinii uchodzą za dzikie, brudne i mało bezpieczne?

Najprościej byłoby powiedzieć, że po prostu lubię odwiedzać nieznane miejsca, poznawać odmienne kultury, spotykać ludzi urodzonych pod różnymi szerokościami geograficznymi, wsłuchiwać się w intrygujące brzmienie obcych języków. I niewątpliwie byłaby to część prawdy. Jednak powód najważniejszy, ów wspomniany już zew podróżowania, jest dużo bardziej nieuchwytny. Tak, jak nieuchwytne są ruch i zmiana.

W trakcie wyprawy wszystko jest bowiem w ciągłym ruchu. I to nie tylko dosłownie – choć oczywiście fizycznie przemieszczanie się z miejsca na miejsce stanowi kwintesencję podróżowania – ale także, a może przede wszystkim, w wymiarze bardziej ogólnym. Podróże żyją własnym życiem, są nieprzewidywalne i zaskakujące. Mimo zaplanowanej trasy, mimo informacji i porad z przewodnika, nigdy tak naprawdę nie wiadomo, w jakim punkcie na mapie zakończy się dzień, gdzie, o ile w ogóle, dane będzie się wyspać, kogo spotka się na swej drodze i jakie będą tego spotkania konsekwencje. W trakcie podróży nie ma miejsca na nudę, rutynę i utarte schematy.

I to właśnie jest piękne.

„Podróżować znaczy żyć” napisał kiedyś Hans Christian Andersen. Tymi słowami pozwolę sobie zakończyć ów może nazbyt filozoficzny wstęp, mając nadzieję, że Was nim, Drodzy Czytelnicy, nie zanudziłam, i że zawitacie jeszcze kiedyś na moim blogu.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.